niedziela, 3 maja 2015

"Ostatnia spowiedź. Tom III" - Nina Reichter

Siła perswazji jest naprawdę oszałamiająca, nieprawdaż? Co człowiek jest w stanie zrobić po słowach, które usłyszy od drugiej osoby, po pełnych manipulacji zdaniach, które są wypowiedziane, aby dosięgnąć niekoniecznie szlachetnego celu. Niezwykłym można nazwać, jak wiele mogą zmienić rzeczy, które usłyszeliśmy od kogoś innego, kto nie zawsze trzymał się prawdy. Jesteśmy tylko ludźmi, a z naiwnością się urodziliśmy. Dopiero później, gdy wyrastamy, przestajemy być dziećmi, rozumiemy, że nie wolno ufać wszystkim, uczymy się, jak nie być naiwnymi. Jedni pozbędą się tej cechy na zawsze, całkowicie, inni nie. Bo rodzimy się pozytywnie nastawieni do świata i ludzi, bezprecedensowo wierni w ich dobroć, dopiero z czasem pojmujemy, że tak naprawdę do żadnej innej rzeczy czy istoty na świecie nie wolno być tak podejrzliwym i nieufnym, jak właśnie do ludzi i naszego uniwersum. Naszła mnie teraz więc pewna myśl: czy zatem możemy ufać samym sobie?


Jeszcze nigdy pomiędzy Ally i Bradem nie było tak cudownie. Mieszkają razem, starają się o dziecko, są zaręczeni, szczęśliwi, gotowi zlikwidować każdą przeszkodę na swojej drodze. Przynajmniej tak sądzą - że nic ich już nie zniszczy, nie zachwieje ich miłości. Jednak zbyt wielka wiara w to całkowicie ich oślepia. Intrygi żądnych zemsty i kłamliwego ciepła ludzi doprowadzają do kolejnej katastrofy, której młodzi narzeczeni nie są w stanie zlikwidować. Oboje przechodzą tragedie, które ich zmieniają, a to co między nimi było od zawsze, nie wygasa, wręcz przeciwnie. Płonie ogniem, który parzy, a jedynym wyjściem, by nie pozwolić swojemu sercu spłonąć jest odejście.

Pamiętam, że po przeczytaniu pierwszej części trylogii Niny Reichter byłam pod ogromnym wrażeniem, zakochałam się w jej słowach. Druga część, przeczytana ponad rok później już nie wzbudziła we mnie tak pozytywnych uczuć, ale podczas czytania towarzyszył mi sentyment i dobre wspomnienia poprzedniego tomu. Teraz, pisząc recenzję ostatniej już książki o przygodach Ally i Brade'a nie jestem pewna, co powinnam tutaj napisać. Z jednej strony czuję ciepło w sercu na myśl o ich historii, o tym, jak wielką miłością darzyłam początek ich wspólnego życia na kartkach papieru, utożsamiłam się z bohaterami powieści, ale z drugiej strony towarzyszy mi myśl, iż sentyment sprzed dawnych lat przesłania mi trochę spojrzenie na to dzieło. Dobrze, czas zebrać myśli. 

Od zawsze fascynowało mnie uczucie między postaciami - było takie ogromne, porażające. Czytając o nim marzyło się, aby kiedyś zaznać tak wielkiej miłości, w końcu była nieskończona, tak piękna, że nie miała prawa się zdarzyć. Ale sięgając po kolejne tomy dostrzegłam, jak trudną i... niemożliwie irytującą można byłoby ją nazwać. Ally i Bradin tworzyliby naprawdę idealną parę, gdyby nie to, że oboje niedojrzali i infantylni psuli to, co tworzyli. Razem budowali dom, szczęście i ciepło, aby później z czystej głupoty, naiwności sięgnąć po młot i zburzyć to, co udało im się osiągnąć. I to właśnie tak bardzo irytowało - ich zachowanie. Skoro rzeczywiście byli z sobą tak szczęśliwi, czemu nie mogli spoważnieć i zacząć rozmawiać szczerze, być dorosłymi ludźmi, a nie tylko ich udawać. Zawsze wydawało mi się, że to Brade odzwierciedlał się jaśniejszym umysłem, ale w tej części, o dziwo!, Ally wzięła się w garść. Przynajmniej czasami, a to już naprawdę niezły sukces. Brade z kolei w ostatnim tomie pokazał, jak, używając kolokwializmu, "gówniarski" potrafi być. Jedyna postać, która od początku do samiutkiego końca ani przez moment mnie nie zirytowała, a co więcej, wzbudziła mój ogromny podziw i miliony uśmiechów to Tom. Czasami aż ciężko przechodziło mi przez myśl, że jest on spokrewniony z Czarnym. 

"Ostatnia spowiedź" budzi dużo emocji, to muszę przyznać z ręką na sercu. Zaczynając od ciepła, poprzez złość i irytację, kończąc na łzach gwałtownie kapiących po policzkach. Jeżeli jakaś powieść potrafi wywołać taką burzę odczuć, oznacza to, iż jest dobrze napisana. Tutaj za tak wiele uczuć należy podziękować wyobraźni pisarki; intrydze, którą wymyśliła i przelała na kartki papieru, bo wierzcie mi, zawiłość i pomysłowość to dwie główne cechy "Ostatniej spowiedzi". Mnie osobiście książka niesamowicie zaskoczyła, a szczególnie jej zakończenie. To chyba była ostatnia wersja, której się spodziewałam. Ogromny plus dla autorki, bo powieści, jak i życie, powinny zaskakiwać oraz być nieobliczalne. 

Mimo wszystko spędziłam naprawdę bardzo miło czas podczas czytania "Ostatniej spowiedzi. Tom III". Burza uczuć, miłość, która rzeczywiście nie powinna się zdarzyć, bohaterowie, którzy częściej irytują niż zadowalają czytelnika, pomysłowa historia, śmiech i łzy. Polecam to osobom, które nie spodziewają się najwybitniejszej powieści, a chcieliby otrzymać wielką dawkę emocji, raz pozytywnych raz nie. Wiem jednak, że już zawsze będę miała spory sentyment do tej historii. 

"[...] bo ludzie nie rozumieją, co da się zbudować ze słów. Słów, które nigdy nie znikną, choć kiedyś pewnie się wyczerpią."

wtorek, 24 marca 2015

"Na krawędzi nigdy" - J.A. Redmerski

Żyjemy w świecie, w którym panują określone zasady. Rodzisz się, edukujesz, znajdujesz pracę, zakładasz rodzinę, dbasz o dom i potomstwo, a następnie czekasz na emeryturę, na którą zapracowałeś. Właśnie tak względem większości społeczeństwa wygląda normalne życie, które każdy z nas powinien przeżyć. Oczekuje się od nas właśnie tak obranej drogi. Decyzje, które podejmujemy bardzo często są podpięte pod opinie innych ludzi, no bo, co sobie sąsiedzi pomyślą, gdy zamiast iść na studia, wyruszę zwiedzać Australię? Co powiedzą rodzice, gdy zamiast iść na prawo, zadecyduję zaszyć się w domu i pisać poematy? Przecież to nienormalne, niecodzienne, to nie jest zwyczajne. 
Co dnia produkuje się miliony klonów, którzy myśląc schematycznie kończą niewymarzone studia, a narzucone przez różne czynniki, pracują w szarym biurze z rzadka się uśmiechając i powtarzają te same czynności co dnia. Takie życie uznaje się za przykładne. Więc też do takiego życia dążymy. 
Ale czy chodzi o to, by żyć przykładnie dla innych, czy z satysfakcją i radością dla siebie? Może warto zamknąć się na opinie innych i zrobić coś, co od zawsze chciałeś, obrać własną drogę, która niezwyczajna, da Ci szczęście. Nawet jeśli dla wielu Twój wybór okaże się nienormalny.

"Myślę, że kiedy już się zakochujesz, to na całe życie. Reszta to tylko doświadczenia i urojenia."

Camryn ma za sobą ciężkie lata - śmierć jej chłopaka Iana, z którym planowała niezwykłą przyszłość, rozwód rodziców, trafienie brata do więzienia. Dziewczyna nie jest zadowolona ze swojego życia, od którego miała uciec z Ianem. Dwudziestolatka nie żyje, ona wegetuje w szarej rzeczywistości od czasu do czasu posyłając swojej przyjaciółce nikły uśmiech, gdy ta stara się ją rozweselić. Awantura z bliską osobą przelewa szalę goryczy i młoda kobieta decyduje się na coś szalonego. Wybiera się w podróż Donikąd, w której odnajduje siebie. A pomaga jej w tym towarzysz broni - Andrew.

"Na krawędzi nigdy" jak wiele obyczajówek napisana jest językiem prostym i lekkim, co sprawia, że "wpicie" się w fabułę zajmuje mniej niż stronę. Powoli poznajemy Cam i jej życie, delektując się każdą niezobowiązującą stroną. Bo właśnie taka jest ta książka - lekka, niezobowiązująca. Czytając ją nie oczekujemy wielkiego morału, niezwykle ambitnej fabuły ani ogromu złotych myśli. Przygody Camryn poznaje się po to, aby zapomnieć o naszej własnej szarej codzienności i zaznać życia kogoś, kto postanowił się od niej uwolnić. Nim uda nam się zauważyć, jesteśmy już za połową książki, przeżywając każdą kolejną stację głównej bohaterki. Niezwykle intrygujące są jej decyzje, przystanki podczas podróży i poszukiwanie niewiadomej.

Jak wspomniałam wyżej choć fabuła oklepana - młoda dziewczyna, postanawia wyruszyć w świat i przypadkowo poznaje niesamowicie oryginalnego chłopaka, z którym smakuje podróży. Tak, nic nowego. Aczkolwiek dzieło J.A. Redmerski ma w sobie coś, co przyciąga, interesuje i nie pozwala skończyć czytania. Może to przyjemny, lekki styl autorki, intrygująca osobowość Camryn i Andrew albo ukryta mroczna tajemnica pod czarnymi literkami na papierze, ale wierzcie mi, zaczynając "Na krawędzi nigdy" nim się obejrzycie całkowicie pochłonie Was przygoda dziewczyny z Karoliny Północnej oraz Teksańczyka. 

Dzieło amerykańskiej pisarki potrafi rozbawić - czytając komiczne dialogi Cam oraz Andrew, podszyte ironią i sarkazmem, a niekiedy pikanterią, niezwykle często wybuchałam gromkim śmiechem i uśmiechałam się maniakalnie do kartek papieru. J.A. świetnie dozowała emocje - raz sprawiała, że czytelnik dobrze się bawi, chichocząc pod nosem, a następnie łapała za serce, utrudniając życie postaciom, z którymi zdążyliśmy się zżyć. Ponadto w prostych słowach przekazywała, aby zapomnieć o schematach i wytartych ścieżkach, o tym, czego się od nas oczekuje i robić to, czego naprawdę pragniemy, spełniać marzenia tu i teraz, bo nigdy tak naprawdę nie wiemy, ile czasu nam pozostało. 

"Na krawędzi nigdy" to bardzo dobra, przyjemna, zabawna, wzruszająca, aczkolwiek nieambitna powieść o odnajdywaniu siebie, ułożeniu sobie życia według własnych myśli i pragnień. Historia miłosna Camryn i Andrew pochłonie Was i umili długie, wolne wieczory, budząc w Waszych sercach same ciepłe uczucia.

"Najlepsi przyjaciele - bez względu na to, jacy są albo jak bardzo nas ranią - i tak nimi zawsze będą. Nikt nie jest doskonały. Błędy przyjaciół są do wybaczenia, to właśnie sprawia, że przyjaźń jest prawdziwa."

piątek, 13 marca 2015

"Miasto niebiańskiego ognia" - Cassandra Clare

Chyba w życiu każdego przyjdzie czas na to, aby zaryzykować. Postawić wszystko, co masz na jedną kartę, zrobić jeden krok, po którym nie będzie już powrotu do przeszłości, do tego, co było. Każdy prędzej czy później będzie musiał zaryzykować i zrobić coś, co odmieni jego życie na zawsze. A ryzykujemy wierząc, że trafimy do piękniejszego miejsca, znajdziemy się w lepszym punkcie naszego życia, ryzykujemy z wiarą, że warto. Ale gdybyśmy mieli pewność, że po podjęciu tej kulminacyjnej decyzji, nasze życie odmieni się na lepsze, nie nazywalibyśmy tego ryzykiem. Po zrobieniu drastycznego kroku w jedną stronę, wszystko może się rozpaść. Takim ryzykiem można nazwać wybór studiów, partnera życiowego, zorganizowanie wyjazdu w nieznane, wszystko. Ale gdy nadejdzie czas, aby zaryzykować, będziemy wiedzieli. I nadejdzie kilka dni, a może tylko sekund, aby podjąć ryzyko, albo zrezygnować.

"Bohaterami nie zawsze są ci, którzy wygrywają. Czasami są nimi, ci którzy przegrywają, ale nie poddają się i nadal walczą. To właśnie czyni ich bohaterami."

Niebiański ogień utknął w Jasie. Nikt nie wie, jak go stamtąd wydostać, nikt nie może mu w pełni wyjaśnić, jak go kontrolować. Nocni Łowcy mają wreszcie broń, która może pokonać Sebastiana, ale nie wiedzą, w jaki sposób jej użyć. Syn Valetine'a dobrze o tym wie, także nic nie hamuje go przed wcieleniem w życie swojego mrocznego planu. Rozpoczyna się wojna, z której najbliżsi nie wrócą żywi, która odbierze coś więcej niż życia, która podaruje przetrwałym, coś gorszego niż ból.

Ostatnia część Darów Anioła wciągnęła mnie już od samego prologu, który rozpoczyna mroczną serię zdarzeń. Wierzcie mi, gdy już przeczytacie pierwsze zdanie "Miasta niebiańskiego ognia", nie będziecie mogli przestać dopóki nie znajdziecie się na ostatniej stronie i nie będziecie smakować ostatniego słowa. Choć VI część przygód Clary i Jace'a ma ponad 700 stron, czytelnik wcale a wcale tego nie odczuwa, a wręcz śmiało stwierdzę, że pod koniec powieści żałuje, że to już koniec historii. Wciągająca, interesująca, to tylko dwa z wielu przymiotników świetnie opisujących najnowsze dzieło Clare.

"[...] lepiej być tym, który umiera, niż tym, który żyje dalej."

Można sądzić, że po tylu częściach pisarka już nie wymyśli niczego co mogłoby zachwycić, zadziwić czy też zszokować. Trochę się z tym zgadzam, a jednocześnie nie. Podczas czytania można było wyczuć, że niektóre rzeczy się powtarzają - sceny walki z czasem zlewają się w jedno, aczkolwiek sporo momentów, wymyślonych przez Cassie naprawdę wbija czytelnika w fotel. Nie raz byłam pod ogromnym wrażeniem jej pomysłu i rozwiązania trudnego dla bohaterów zadania. Nie mniej przyznam, że spodziewałam się czegoś więcej od zakończenia. W moim odczuciu Cassandra Clare jest osobą nieprzewidywalną i liczyłam na równie emocjonalny koniec, jaki znalazłam w Diabelskich Maszynach. Owszem, wzruszyłam się, ale nie do takiego stopnia, jak się spodziewałam. Możliwe, że dla wielu to pozytyw, ale oczekiwałam większej dawki emocji niż otrzymałam. 

Niesamowicie podobały mi się liczne nawiązania do Diabelskich Maszyn - przygód Tessy i Jamesa. Pokazuje to na jak wielką skalę rozrysowany i zobrazowany jest świat Podziemia i Nocnych Łowców. Odkrywając kolejne powiązania, niewidzialne linie łączące bohaterów, wydrążone wcześniej dróżki, którymi podążają kolejne pokolenia - to naprawdę budzi podziw. Szerokość skrojonej intrygi, pole, jakie obejmuje pomysł Cassandry, tego można jej zdecydowanie pogratulować. 

"Miasto niebiańskiego ognia" to świetne zwieńczenie serii. Pozostawia po sobie miłe wspomnienia, których nikt nam nie zabierze. I choć nie jest to moja ulubiona seria, którą ubóstwiam całym swoim jestestwem, bardzo ją lubię i zamierzam często wracać do niej pamięcią. Przygody Clary, Jace'a, Simona, Izzy oraz Aleca będę polecała wielu osobom, bo naprawdę warto poznać demony i Nocnych Łowców, Idris i pakty Podziemnych.

"Wszyscy jesteśmy tym, co pamiętamy. Składamy się z nadziei i lęków tych, którzy nas kochają. Póki istnieje miłość i pamięć, nie ma prawdziwej straty."

środa, 25 lutego 2015

Zapowiedź: "Kroniki Tempusu. Królowa na wojnie" - K.A.S. Quinn

Tytuł: Kroniki Tempusu II. Królowa na wojnie 
Autor: K.A.S. Quinn
Wydawnictwo: Dreams
Data premiery: 20 marca 2015 r

K.A.S. Quinn, a właściwie Kimberly Quinn to amerykańska dziennikarka, wydawca „Spectatora”. Pisała do takiej gazety, jak „The Times”. Razem z mężem, Stephenem Quinnem dyrektorem wydawniczym „Vogue’a” i dwójką dzieci mieszka w Londynie. Wieczorem, po zgaszeniu światła, lubi czytać przy latarce książki dla dzieci.

Pierwsza część serii Kroniki Tempusu pt. „Królowa musi umrzeć”, wydana w 2011 r. przez Dreams Wydawnictwo, cieszyła się ogromnym powodzeniem.

W XXI wieku, w Nowym Jorku, w całkiem zwyczajny dzień Katie towarzyszą niecodzienne spotkania. Najpierw ukazuje jej się dziewczyna z długimi rudymi włosami, jakby z innej epoki, potem blady mężczyzna w czarnym cylindrze. Na koniec otrzymuje tajemniczą notatkę, która w zagadkowy sposób wysyła ją w przeszłość…
 Zwykła dziewczyna – niezwykła przygoda w czasie.
W kolejnej części przygód Kate powraca do XIX-wiecznego Londynu, gdzie panuje królowa Wiktoria, a Anglia stoi na skraju wojny z Rosją. W tle tych wydarzeń szykuje się kluczowa bitwa, która może zmienić losy świata. Czy wezwanie Kate było właściwym posunięciem i przyczyni się do zwycięstwa?
Czas nie jest dobrym sprzymierzeńcem, umyka z każdą chwilą...


„Magiczna podróż w czasie w stylu E. Nesbit.” The Times

„Zabawna, wciągająca przygoda z podróżą do przeszłości.” The Guardian


Zamierzacie sięgnąć po nowość od wydawnictwa Dreams?
Miłego wieczoru,
Daria ;)

niedziela, 1 lutego 2015

"Hopeless" - Colleen Hoover

Wspomnienia są esencją tego, kim jesteśmy. Są naszą przeszłością, rozdziałami z naszego życia, które już zdążyliśmy przeczytać. Zapamiętujemy chwile wielkiej radości i szczęścia. Momenty, w których euforia wypełniała nasze ciała tak bardzo, że bylibyśmy w stanie doskoczyć na Księżyc. Leżąc w łóżku, siedząc na nudnym wykładzie, robiąc zakupy, powracają do nas obrazy tamtego dnia i mimowolnie się uśmiechamy, ponownie to przeżywając. Ale nie tylko pozytywne wspomnienia zostają z nami na zawsze. Nawet częściej zdarza nam się pamiętać chwile, kiedy nie mogliśmy złapać oddechu, bo łzy spływały nam po twarzy, dni, kiedy nasze serce waliło jak oszalałe, próbując wydostać się z klatki piersiowej i naprawić to, co właśnie się niszczyło. I za każdym razem, jak pełne bólu wspomnienie do nas wraca, zatrzymujemy się, bierzemy głębszy oddech, próbując je wyrzucić z głowy i dalej wykonywać codzienne czynności. Można się zastanawiać czemu zapamiętujemy także okrutne rozdziały naszego życia. W końcu czyż nie lepiej byłoby pamiętać jedynie o tych dobrych? Ja rozumiem to tak, że złe wspomnienia powinny z nami zostawać, aby być nauką, przestrogą życiową. Abyśmy po raz kolejny nie popełniali tych samych błędów, nie pozwolili komuś po raz kolejny napisać pełnego bólu rozdziału.

"Realny świat całkowicie zastąpiłam sobie książkami, a niezdrowo jest żyć w świecie wypełnionym samymi happy endami."

Sky całe życie uczyła się w domu, nie korzystała z komórki, telewizora ani Internetu, ponieważ jej mama prowadziła właśnie taki tryb życia. Nastolatka zgadzała się na to, nigdy jej to nie przeszkadzało. Miała przyjaciółkę, z którą spędzała mnóstwo czasu, jadały razem hektolitry lodów, wchodziły do siebie przez okna i dzieliły się znajomymi. Pewnego razu Sky wybłagała swoją mamę, aby poszła do publicznej szkoły, w której uczyła się Six. Gdy mama się zgodziła, okazało się, że Six jedzie na wymianę do Europy. Sky, jako osoba niezwykle uparta postanowiła nie zmieniać postanowienia i wybrać się sama do liceum. Nie wiedziała, że zrobiła pierwszy krok, by dowiedzieć się, czemu zawsze gdy jest przestraszona liczy gwiazdki na suficie, czemu nigdy żaden chłopak jej nie pociągał i które koszmary tak naprawdę są czymś więcej..

"[...] ale gdy nie ma się nikogo, kto by te wspomnienia potwierdził, z czasem traci się je wszystkie."

Hopeless to książka niezwykle zachwalana. Zaraz po premierze było o niej niezwykle głośno, nie tylko recenzenci, ale i celebryci ją pokochali. Musiałam się dowiedzieć skąd ten szum i same pochlebstwa, dlatego więc sięgnęłam po dzieło Colleen Hoover. I wiecie co? Dołączam do grona pochlebiających. Co prawda pierwsze rozdziały zrodziły w mojej głowie myśl: To będzie kiczowata, sztampowa powieść o miłości jak zwykle zwyczjniusiej dziewczyny i niesamowitego przystojniaka. I tak się zapowiadało. Holder, niebezpieczny, seksowny, inteligentny, zwrócił uwagę na cichą i niczym nie wyróżniającą się na pierwszy rzut oka Sky. Co czytelnik może sobie w takiej sytuacji pomyśleć? Jestem już zmęczona powieściami o zwyczajnych dziewczynkach, które podbijają serca największych łobuzów i bożyszczy licealnych serc. Spójrzmy prawdzie w oczy. Jak bardzo jest to realne w rzeczywistości? Nie bardzo. Ale im więcej zaczytywałam się w Hopeless tym szybciej docierało do mnie, że moja pierwsza myśl była błędna. 

Colleen Hoover porusza bardzo ciężkie tematy. Nie mam tutaj na myśli wrogość rówieśników w szkole, czy też wyrobienie sobie błędnej opinii u innych. Mam na myśli adopcję, śmierć bliskich, zaginięcie, a także krzywdę, której doświadczyliśmy od najbliżej nam osoby, naszego bohatera. Pisarka nie rzuca nas od razu na głęboką wodę, tylko powoli z wielką gracją odkrywa kotarę uszytą z tajemnic i kłamstw. Przeżywamy historię Sky całym sercem, nie mogąc się oderwać od kartek książki. Czujemy jej ból, niezrozumienie, razem z nią staramy się zatrzymać łzy głęboko, nie na widoku, a wspomnienia, udające sny zapierają dech w naszych piersiach. 

"Jedną z rzeczy, za które kocham książki, jest to, że dzieli się w nich ludzkie losy na rozdziały. To niesamowite, ponieważ nie można tego zrobić w prawdziwym życiu. Nie możesz skończyć rozdziału, potem opuścić wydarzenie, którego nie chcesz przeżywać, i otworzyć na rozdziale, który lepiej pasuje do twojego nastroju. Życia nie można podzielić na rozdziały, tylko co najwyżej na minuty. Wydarzenia z twojego życia są zaklęte w kolejnych minutach. Nie ma tu pustych kartek ani końców rozdziałów. Niezależnie od tego, co się dzieje, życie toczy się dalej, czy ci się to podoba, czy nie, i nigdy nie możesz pozwolić sobie na to, żeby się zatrzymać i po prostu złapać oddech."

Portrety psychologiczne głównych bohaterów, ich sposób na poradzenie sobie z mroczną przeszłością, ich siła, by dalej egzystować pomimo przebytego piekła, to również coś, co wzbudza podziw. Poruszająca. To idealne słowo, które opisuje historię Sky i Holdera. Mocna. Brutalna. Dająca nadzieję, siłę. Szczera. Niepodkoloryzowana. Autorka, ufając w nerwy czytelnika i bohaterów zarzuciła nas gradem, który spadając z ogromną siłą, wyrzeźbił odciski. 
Nie zrozumcie mnie jednak źle. To nie jest tak, że Hopeless to książka posiadająca jedynie szare barwy, pochmurne dni i smutne wspomnienia. Wiele razy uśmiechałam się i śmiałam podczas czytania. My, ludzie, zapamiętujemy dobre i złe chwile. Tak samo w tej lekturze uwiecznione są momenty pełne szczęścia i bólu. Jak w prawdziwym życiu. 

Z czystym sumieniem mogę polecić dzieło Colleen Hoover. Nie zawiedziecie się. To poruszająca, wciągająca, emocjonalna powieść o miłości, rodzinie, stracie bliskich, nadziei i przyjaźni. Nie mogę się doczekać aż sięgnę po kontynuację, a Hopeless zaraz ustawię na zaszczytnym miejscu na mojej półce, by za każdym razem, gdy na nią spojrzę, budziła wspomnienia. 

"Wszystkie niepowodzenia to tak naprawdę sprawdziany, które zmuszają nas do wyboru pomiędzy rezygnacją a podniesieniem się z ziemi, otrzepaniem się z kurzu i stawieniem czoła sytuacji."

poniedziałek, 19 stycznia 2015

"Cienie na Księżycu" - Zoe Marriott

Trudno jest wybaczyć, prawda? Po długim czasie, gdy już zaufaliśmy komuś na tyle, aby się zwierzyć z najmroczniejszych zakamarków naszego serca, z rzeczy, o których z nikim innym nie rozmawiamy, informacji, które zawsze dusimy w sobie, okazuje się, że to był błąd. Powierzyłeś coś komuś w zaufaniu, a ten ktoś najzwyczajniej w świecie to zniszczył, zrujnował zbudowany mur, otoczkę, mającą być tylko waszą. Zranił was na tyle, że nie chcecie mieć z tym kimś kontaktu, bo wiecie, że nigdy więcej mu nie zaufacie. Ale chwila. Jeśli zdradziła was osoba, którą kochacie? Przyjaciel, z którym śmiałeś się do łez każdego dnia? Ktoś, bez kogo nie wyobrażasz sobie życia? Czy jesteś zdolny wybaczyć?
Pomyśl, jak trudno jest przebaczyć drugiej osobie. I zastanów się, czy gdybyś rozczarował, oszukał sam siebie, zburzył swoje życie głupią decyzją, niedokonanym ruchem, nieprzemyślanym słowem. Wybaczyłbyś sobie? Powiedziałbyś "trudno, stało się, muszę iść dalej"? Czy plułbyś sobie w brodę za tamten dzień, który zmienił wszystko?
Wiele razy czytałam, że najtrudniej jest przebaczyć samemu sobie. W pełni się z tym zgadzam.

Suzume wiedzie zwyczajne życie w pałacu u boku rodziców i kuzynki, którą traktuje jak najbliższą siostrę. Jednak pewnego dnia, decyzja jednego człowieka zmienia jej świat. Najbliżsi jej ludzie giną na oczach czternastolatki, a ona sama zmuszona jest żyć pod jednym dachem z ludźmi, których nie uważa za bliskich jej sercu. Otaczają ją niemal sami obcy ludzie, nie licząc matki, która za każdym razem, gdy jej drugi mąż spogląda na Suzume, jest o nią zazdrosna. Mijają miesiące, lata, a Suzume odkrywa okrutny sekret, kto zabił jej siostrę i tatę. Jest gotowa podjąć wszelkie ryzyko, aby sprawiedliwości stała się zadość. Decyduje się nawet na rzecz niewybaczalną, która st aje się niezmywalnym piętnem na jej sercu i umyśle, na zawsze...? 

"Cienie na Księżycu" to historia zaczerpnięta z Kopciuszka, opowiedziana od tyłu. Przyznam, że to chyba pierwsza czytana przeze mnie książka, w której pisarka inspirowała się jedną z ulubionych baśni mego dzieciństwa. Nie spodziewałam się niczego niezwykłego i właściwie miałam rację. Jednak powieść okazała się ciekawsza, niż przypuszczałam. Chciałabym zacząć od portretu psychologicznego głównej bohaterki, który był naprawdę świetnie zarysowany. Czytelnik widzi fenomenalną przemianę młodej, niewinnej, nieco niesfornej dziewczynki na okrutną, zimną, zdecydowaną kobietę ze skłonnościami autodestrukcyjnymi. Bardzo polubiłam tą bohaterkę i rozumiałam każdy jej wybór, nie dziwiąc się jej myślom. Co najważniejsze, na ten czas, kiedy kosztowałam lekturę, zżyłam się z Suzume, co jest jedną z istotniejszych rzeczy podczas czytania. 

Poza akcją, która zaskakuje, wciąga i przyśpiesza w wielu momentach, stykamy się również z wątkiem magicznym. Przyznam, że od jakiegoś czasu spoglądając na nowości książkowe, i widząc jakąś wzmiankę o magicznych istotach czy czymś podobnym, poważnie zastanawiam się, czy zakupić taką powieść. (Czyżbym wyrastała z fantastyki?) Spodobało mi się jednak, że wątek o niesamowitych umiejętnościach poszczególnych bohaterów, nie jest przesadzony i najważniejszy. Jego mała szczypta ubarwia całość, nie zmuszając mnie do negatywnych odczuć. 

Japonia. "Cienie..." to chyba pierwsza lektura, której wydarzenia rozgrywają się właśnie w tym kraju. Uwielbiam książki, dzięki którym mogę poznać nowe, klimatyczne miejsca. Pani Marriott zapewniła mi świetną podróż po Japonii. Dzięki umiejętnym opisom wiele razy stawały mi przed oczami kwiaty wiśni. Całkowicie przeniosłam się w tamto niesamowite miejsce, poznając i zaprzyjaźniając się z nim. 

Podsumowując "Cienie na Księżycu" okazały się bardzo przyjemne i ciekawe. Nie odzwierciedlają się ambitnym pomysłem, wykonaniem, ani niepowtarzalną treścią, aczkolwiek zdecydowanie umilą wieczór każdemu, kto lubi klimatyczną Japonię, twardą bohaterkę, wątek zemsty i nieprzesłaniającej fabuły miłości. 

piątek, 9 stycznia 2015

Stosik #14

Hejo!
Święta minęły, zaczął się nowy rok, a ja przychodzę do Was dopiero teraz. Niestety czas nie jest moim sprzymierzeńcem nawet w wolne dni ponieważ marzenia, by nadrobić moje czytelnicze plany spełzły na niczym. Mnóstwo czasu spędziłam nad szkolną lekturą Imię róży, która choć interesująca, trudna w odbiorze. Podczas Świąt Bożego Narodzenia cała masa przygotowań również nie pozwoliła mi na przeczytanie zadowalającej liczby książek. Jednak spędziłam czas bardzo miło w rodzinnym gronie. Sylwestra, pomimo wielu zawirowań, również ciepło wspominam. Mam nadzieję, że Wy także! Udało mi się ukraść chwilę z życiorysu i zrobić dla Was stosik! Co prawda nie jest pokaźny, ale jestem z niego wybitnie zadowolona!
Natomiast moje plany na ten rok zapowiadają się wyjątkowo obszernie, gdyż zamierzam czytać więcej niż dotychczas (trzeba przyznać, iż przez ostatni semestr na blogu pojawiało się recenzji, jak na lekarstwo). Poza tym mam ambitny cel, by powrócić do codziennego biegania i zapisać się z przyjaciółmi na siłownie. Zapowiada się healthy rok ;)



Od góry:

1. "Kosogłos" Suzanne Collins - pożyczone od koleżanki RECENZJA
2. "Miasto niebiańskiego ognia" Cassandra Clare - prezent od Mikołaja.
3. "Trzynaście powodów" Jay Asher - pożyczone od koleżanki
4. "Love, Rosie" Cecelia Ahern - prezent od Mikołaja.
5. "W śnieżną noc" John Green, Maureen Johnson, Lauren Myracle - j.w. RECENZJA
6. "Ostatnia spowiedź tom III" Nina Reichter - zakupione na fincie.
7. "Pierwszy grób po prawej" Darynda Jones - j.w.


Znacie którąś z tych pozycji? Polecacie?
Szczęśliwego Nowego Roku,
Daria ;)

piątek, 2 stycznia 2015

Bloggers reading online #3 - W śnieżną noc

Jak możecie się domyślać Green, jako jeden z najpopularniejszych pisarzy dla młodzieży, podbił serca moje i Emy. Dowodem tego może być nasza wspólna recenzja Szukając Alaski, którą mieliście okazję czytać w wakacje. Dzisiaj przychodzimy do Was z książką, o której ostatnimi czasy jest bardzo głośno. Mowa o zbiorze świątecznych opowiadań w wykonaniu trójki pisarzy - W śnieżną noc. 

Pierwsze opowiadanie, wychodzące spod pióra pani Maureen Johnson niestety nie podbiło mojego serca. Zacznijmy od tego, że wydawało mi się wielce naciągane. Niektóre momenty sprawiały, że kompletnie nie chciałam uwierzyć w bieg wydarzeń, gdyż niesamowicie odstawał od rzeczywistości. Niemal wszystko, o czym czytałam, było bardzo wyolbrzymione oraz podkoloryzowane. Zdecydowanie nie przepadam za takimi zabiegami. 

Ema: Natomiast mnie cały czas towarzyszyło poczucie, że nie wiem, co tak właściwie się dzieje. Chociaż niewątpliwym atutem W śnieżną noc jest dynamiczna akcja, to sprawia ona jednak, że wszystko traci swoją realność. Nie przestawałam zadawać sobie pytania "o co chodzi?". A ja nie lubię nie rozumieć czegoś w czytanej książce. Trzeba jednak przyznać, że Podróż wigilijna jest, zgodnie z zapewnieniami wydawcy, romantyczna.

Zgodzę się! Wiele razy podczas czytania uśmiechałyśmy się ponieważ miało miejsce sporo sytuacji całkowicie wypełnionych miłością oraz pozytywnymi uczuciami. Nie jeden raz zdarzyło nam się wykrzyknąć "Ooo, jakie to słodkie!". Jest to niezbity argument na to, że każdy czytelnik poczuje coś względem tej powieści, bo niełatwo nas rozczulić (a przynajmniej mnie). 

Przejdźmy do opowiadania Zielonego. Właściwie nie różni się ono specjalnie od pierwszego z tym, że po prostu jest Greenowskie. A skoro Greenowskie to znaczy - z poczuciem humoru! Może nie dorównywało pełnometrażowym powieściom pana Johna, ale i tak doprowadzało nas do salw głośnych, zgodnych śmiechów. 

Chociaż Emie się to nie spodobało, ja doceniłam także niepapierowe postacie, mające w sobie coś niepowtarzalnego. Czytanie ich rozmów okazało się niebywałą przyjemnością, gdyż nie były one płytkie, a niekiedy nawet zawierały w sobie lekki morał. Bożonarodzeniowy Cud Pomponowy zachwycił nas najbardziej! 

Jeśli chodzi o trzecie opowiadanie, pióra Lauren Myracle, odebrałyśmy je jako najgorsze - nie tylko ze zbioru W śnieżną noc, ale jako jedno z gorszych opowiadań z jakimi zetknęłyśmy się w ogóle. Przede wszystkim jest ono płytkie, naiwne i... dziecinne. Bohaterka, zachowująca się jak ośmiolatka, minimalistycznie rozbudowana akcja, monotematyczność dialogów i wreszcie drętwo prowadzona narracja to standard w Świętej patronki świnek. Jednakże moje uczucia i tak są ciepłe w porównaniu do Darii. 

Oj tak... Czytając to opowiadanie myślałam, że uduszę główną bohaterkę za jej niekończący się lamet odnośnie złamanego serca oraz zachowanie godne rozpuszczonej egoistki, przyzwyczajonej do otrzymywania wszystkiego, czego sobie zapragnie. Niejednokrotnie wybuchałam szyderczym śmiechem, mając przed oczami wypowiedź Addie. Miliony razy kuło mnie w oczy przesłodzenie sytuacji, co doprowadzało do tak zwanego rzygania tęczą. Nie znoszę takich opowiadań, a zważywszy, że całe obfitowało w najbardziej znienawidzone przeze mnie aspekty, Święta patronka świnek bezprecedensowo uplasowała się na mojej czarnej liście. 

Chcąc podsumować całą W śnieżną noc nie wolno nie wspomnieć o tym, że widoczna współpraca przebiegała na naprawdę wysokim poziomie. Wszystkie trzy opowiadania w mistrzowski sposób się ze sobą zazębiają, a w niektórych momentach nawet wyraźnie łączą. Mankamentem jest jednak fakt, że mimo czasu Wigilii w historiach tak naprawdę prawie wcale nie czuć magii świąt. Choć mogłoby się wydawać, że to właśnie wokół tego będzie się kręcić cała fabuła to głównym spiritus movens W śnieżną noc jest śnieżyca. A biorąc pod uwagę fakt, że w Polsce zimowe święta trafiają się raz na parę lat, to te dwa pojęcia nie wiążą się dla mnie ze sobą w taki oczywisty sposób. 

Pomijając wymienione wyżej błędy i tak będziemy ciepło wspominać zbiór opowiadaniach W śnieżną noc, ponieważ czytanie go razem, zdecydowanie dodało mu niezapomnianej magii. Przyznam jednak szczerze, iż oczekiwałam czegoś więcej od tej pozycji, niemniej wciąż jestem pod wrażeniem i mogę - możemy - z czystym sumieniem polecić tę książkę, a szczególnie w czas świątecznych cudów. 

sobota, 20 grudnia 2014

"Poradnik pozytywnego myślenia" - Matthew Quick

Wydaje mi się, że każdemu zdarza się pomyśleć o zakończeniu. Niekoniecznie egzystencji, ale pewnych etapów. Nasze życie jest jak książka - podzielone na rozdziały. Każdy rozdział można zekranizować i odegrać w nim główną rolę, patrząc jak toczą się losy nasze i naszych bliskich. Liczymy na szczęśliwe zakończenie, no bo kto by chciał cierpieć z powodu ostatecznego niepowodzenia? Zauważyliście, jak wiele filmów i książek jest pełnych happy endów? Czemu więc nie oczekiwać tego samego od rzeczywistości? W końcu mówią, iż oba teksty kultury zwykle wzorowane są na prawdziwej codzienności. Nasze życie powinno również ostatecznie zakończyć się satysfakcjonująco, z puentą, z możliwością wyciągnięcia mądrego cytatu, podsumowującego sens egzystencji i starań. Ja jednak sądzę trochę inaczej. Może się mylę, może nie myślę pozytywnie, ale czy aby na pewno ludzie pisaliby książki, nagrywali filmy tylko po to, by pokazać codzienność? Dla mnie to jest kreowanie świata, w którym chciałoby się żyć. Świata, gdzie jednak istnieje puenta i głębszy sens. I po naczytaniu się tego wszystkiego, oczekujemy sensu i szczęśliwego zakończenia od naszego życia. Ale wiecie co? Życie nie jest filmem ani książką. Tutaj nie zawsze można myśleć pozytywnie, czekając na ostatnią scenę, rozdział, z nadzieją, że w tych chwilach podłożona będzie wesoła, wywołująca uśmiech muzyka. 

Pat w końcu został wypisany z niedobrego miejsca. Wyszedł i jest w stanie zrobić wszystko, by nadszedł koniec rozłąki. Jest już niemal gotowy; ćwiczy bycie miłym, a nie stawianie na swoim, codziennie trenuje, dbając o formę i całuje każdy pieg Nikki na zdjęciu. Jednak gdy chce rozmawiać o swojej żonie, nikt nie pogłębia tematu, nikt niczego mu nie wyjaśnia. Jedyną osobą, która jest do niego niezwykle bezpośrednia to Tiffany, dziewczyna z takimi samymi problemami. 

Od dawna chciałam sięgnąć po dzieła Quicka, więc widząc "Poradnik" w bibliotece, nie wahałam się ani na moment. Coś co mnie uderzyło na samym początku powieści to lekkość. Swaboda z jaką pisze Matthew udziela się czytelnikowi, sprawiając, że czytanie książki jest niezwykle relaksujące, a wręcz uspakajające. Tego właśnie potrzebowałam po męczącym dniu pełnym sprawdzianów i głośnych przerw w szkole. Tylko nie myślcie, że historia Pata mnie nudziła. Absolutnie nie! Ta lekkość z jaką jest napisana sprawia, że przez tekst płynie się niezwykle szybko i z ciekawością delikatnie pulsującą pod skórą. Chcemy wiedzieć dlaczego mężczyzna dostał się do niedobrego miejsca, czym spowodowana jest rozłąka i jak się ona zakończy. Nim się obejrzymy dawno miniemy połowę stron, pragnąc czytać więcej i więcej.

Tytuł jest mylący. Sięgając po tę książkę liczyłam na to, iż wniesie w moje życie trochę pozytywizmu, który, nie ukrywając, przydałby się w te szare dni. Jednak poza Patem, który usilnie dążył do szczęśliwego zakończenia, nikt nie tryskał optymistycznymi myślami, co więcej nawet samo życie dalekie było od pisania szczęśliwych scenariuszy dla bohaterów. Tutaj zaczyna się ironia. Wszystko naokoło jest niezwykle pesymistyczne, a Pat wciąż wierzy, że będzie dobrze. Pomyślcie tylko o ile piękniejszy byłby świat, gdyby każdy z nas wierzył w happy end.

Mimo tego, iż "Poradnik pozytywnego myślenia" to zdecydowanie lekka lektura, zawiera wiele mądrości i pytań, które każdego z nas trapią. I to jest w tym świetne! Napisać książkę, którą tak swobodnie i dla relaksu się czyta, a jednak zawierającą pytania, na które nie ma odpowiedzi na tym świecie, zawierającą spostrzeżenia, które podważają sens egzystencji i podejmowania wszelkich starań. I jeszcze za sprawą talentu pisarskiego, zachować wszystko w wesołych barwach i pobudzając czytelnika do śmiechu. Czego więcej oczekiwać?

"Poradnik pozytywnego myślenia" jest lekką pozycją, która zaciekawi najbardziej wymagające czytelnicze podniebienia i w sposób nieprzytłaczający postawi przed Wami pytania, nad którymi będziecie się zastanawiać długo po skończeniu czytania. Polecam, naprawdę warto. Chociażby dla poznania nietuzinkowego zakończenia filmu Pata.

czwartek, 27 listopada 2014

"Kosogłos" - Suzanne Collins

Jak wiele jesteśmy w stanie znieść, zanim całkowicie się rozpadniemy? Ile bliskich nam osób będziemy musieli utracić, aby stracić również siebie? Czemu będziemy musieli stawić czoło, aby ostatecznie się zatrzymać, spojrzeć przed siebie na labirynt złożony z kujących ścian, z których wylewa się cierpienie, po których spływają krople krwi, symbolizujące wszystko to, co w jakiś sposób nas odmieniło? Zastaniemy taki dzień za życia? Dojdziemy do momentu, kiedy składamy naszą broń, którą walczyliśmy, aby dobrnąć do celu? Wierzę, że każdy z nas przeżył momenty, które go w pewien sposób złamały, wzbudziły wątpliwości, czy gra jest warta świeczki. Pełne bólu i poczucia niesprawiedliwości. No bo dlaczego musimy odczuwać stratę bliskich? Czemu musimy walczyć z całych sił, aby przetrwać na tym świecie? Dlaczego wszystko tutaj musi być takie trudne i wymagające od nas ciągłej determinacji? 
Codziennie przeskakujemy kłody, przybierające postaci wymyślnych rzeczy. Ile razy będziemy musieli złapać oddechów, by w końcu zgiąć się w pół i ze świstem wypuścić powietrze pełne naszej ulgi? Spojrzeć na to, co mamy i stwierdzić, że to koniec naszej drogi z przeszkodami.
Podpowiem. Nie ma takiej liczby. Bo przeszkody w naszym życiu nigdy nie znikną. Więc pytanie, które stawiam przed wami, to ile ran Wam zostanie zadanych, nim przestaniecie walczyć?

"Pozbierać się jest dziesięć razy trudniej, niż rozsypać."

Dystrykt Dwunasty nie istnieje. Ludzie poginęli, domy obróciły się w ruinę, nadzieja zniknęła, Peeta został porwany przez Kapitol. Katniss musi stawić czoła czemuś gorszemu niż Igrzyska Głodowe. Musi zmienić się w symbol rebelii - Kosogłosa - oraz doprowadzić do śmierci prezydenta Snowa. Ale jak ma to uczynić, gdy Peeta jest poddawany torturom? Przecież to o jego bezpieczeństwo dziewczyna zawsze walczyła, a teraz on walczy o oddech. Odkąd siedemnastoletnia Kat zdecydowała się zastąpić swoją młodszą siostrę w Igrzyskach, nie schodzi z areny nawet na moment. Gra toczy się zawsze. Tym razem jednak nie ma dwudziestu czterech trybutów. Tym razem o życie walczy cały Kapitol. Nie ma wyznaczonego terytorium, zasad, nie ma żadnych spadochronów od sponsorów, które mogą uratować czyjeś życie. Teraz nadszedł czas na najprawdziwsze Igrzyska. 
Na śmierć. Albo śmierć. 

Wydaje mi się, że nie muszę przedstawiać Wam pani Collins ani trylogii Igrzyska Śmierci. Chyba każdy kojarzy historię Katniss i Peety. Zacznę więc od tego, że sięgając po "Kosogłosa" wiedziałam, że powinnam się spodziewać mnóstwa krwi, akcji, walki z terrorem. Czytałam wiele recenzji ostatniej części przygód młodych trybutów i wszystkie ostrzegały, że będzie się działo niewyobrażalne. Teraz, będąc świeżo po lekturze, przyznam, że nic nie przygotowało mnie na takie zakończenie...

"Nie burzy się czegoś, co pragnie się mieć w przyszłości."

Początek książki poświęcony jest Katniss, która powoli dochodzi do siebie i próbuje wyjść z letargu, do którego wprowadziło ją porwanie Peety. Musi podjąć decyzję, czy ma wystarczająco dużo siły, aby stać się twarzą rebelii - choć, po dłuższym zastanowieniu, dziewczyna jest nią od dawna. Wiele osób ostrzegało mnie przed nużącym początkiem, opierającym się jedynie na kręceniu propagit oraz wymyślaniu planu na zjednoczenie Dystryktów. Ale wiecie co? Nie nudziłam się ani trochę. Wszystkie rozmowy dotyczące ruchu oporu, tortur Peety oraz każdy krok, który musiała wykonać główna bohaterka, aby znaleźć w sobie ostateczną determinacje na kolejną walkę z Kapitolem, niesamowicie mnie ciekawiły. Rozdziały są napisane w tak fenomenalny sposób, że dosłownie kończąc jeden, musimy od razu rozpocząć kolejny, spragnieni informacji, co wydarzy się dalej. Zaspakajałam swoją niezmierzoną ciekawość ciągłym czytaniem oraz uważnie obserwowałam zachowania Katniss i Finncka, którzy to najbardziej ucierpieli po Igrzyskach Ćwierćwiecza. 

"Kosogłos" nie tylko skupia się najbardziej na ruchu oporu, ale również świetnie pokazuje propagandę oraz kłamliwe działania rządu. Przyznam, że w poprzednich częściach nie zwróciłam tak wielkiej uwagi na to, jaki naprawdę jest Kapitol i jakimi sztuczkami się posługuje, aby wzbudzić przychylność ludzi oraz pokazać, że nie są w stanie nikogo pokonać. To niesamowite, jak wiele wartości związanych z kultem jednostki oraz propagand mieści się w tej książce!

"Moim zdaniem, najtrudniej jest wykorzenić najstraszniejsze wspomnienia, przecież je zapamiętujemy najlepiej."

Rzeź, rzeź, rzeź. To pierwsze słowo, które przychodzi mi na myśl, gdy wspominam drugą połowę dzieła Collins. Pisarka ani trochę nie boi się dać się ponieść swej wyobraźni w najróżniejszych formach mordowania, niszczenia jak i oszukiwania. Uwielbiam, jak postacie umierają w literaturze; wzbudza to zwykle wiele emocji u czytelnika i postaci, ale tym razem, miałam wrażenie, że śmierć pewnych osób obudziła we mnie więcej uczuć niż w głównych bohaterach. Suzanne Collins nie szczędziła nikogo, wierzcie mi, nikogo, ale trochę na tym poległa, bo moim zdaniem, nie oddała najprawdziwszych uczuć, które towarzyszą ludziom przy stracie kogoś. Katniss i żyjący przyjaciele po prostu szli dalej, a na ich twarzach, w ich myślach, nie zawsze dostrzegałam ból adekwatny do poniesionej straty. Autorka jednak nadrobiła te małe niedociągnięcia szybką, wciągającą akcją, niesamowitymi zwrotami wydarzeń oraz łamiącymi serce tajemnicami, które zostały wyjawione dopiero po czasie. 

"Kosogłos" to świetne zwieńczenie trylogii i choć w sieci krążą recenzje, poświadczające o beznadziejności ostatniej części przygód Katniss, zdecydowanie się z nimi nie zgadzam. Co prawda historia pani Collins nie należy do najcudowniejszej, jaką kiedykolwiek czytałam, ale bezprecedensowo plasuje się wysoko w kategorii moich ulubionych. Całkowicie powalające zakończenie, którego nikt nie byłby w stanie sobie wyobrazić, odejmuje nam na chwilę mowę, ponieważ wszyscy dobrze wiemy, że to nie może się tak zakończyć. 
Gdy ktoś zapyta, czy polecam tą trylogię, odpowiem: Prawda. Ma ona w sobie wiele wartości ukrytych pod fantastyczną historią o odważnej młodej dziewczynie. 

"Oczekuję zapowiedzi, że życie będzie toczyć się dalej, bez względu na to, jak poważne ponieśliśmy straty."

czwartek, 20 listopada 2014

Wyniki urodzinowej rozdawajki!

Hejooo!
Na początku chciałabym serdecznie podziękować wszystkim, którzy się zgłosili. Było aż 97 zgłoszeń! Nie spodziewałam się tak dużej frekwencji! Nie przedłużając przedstawiam przebieg losowania i zwycięzcę!


Karteczki z Waszymi nickami wrzuciłam do magicznego kubka, wstrząsnęłam nim...



...i wyjęłam jedną karteczkę, na której było napisane....


Dominika Bruzda. Gratuluję! Wygrywasz wybraną wcześniej "Miłość z jasnego nieba"!

Wysyłam już do Ciebie e-maila, Dominiko :)

Dziękuję jeszcze raz wszystkim, którzy wzięli udział w losowaniu! 
Trzymajcie się ciepło,
Daria ;)

wtorek, 28 października 2014

"Feed. Przegląd Końca Świata" - Mira Grant

Koniec świata. Może się on wielu kojarzyć z niszczącym wybuchem, zmiatającym wszystko z powierzchni Ziemi. Innym z różnymi nagłymi kataklizmami, które stopniowo acz dosadnie wyludnią i zniszczą naszą planetę. Końcem świata może być moment, gdy obcy zajmują naszą Ziemię, odbierają nam ją, albo nią kierują. Mowa tu może być o kosmitach, zombie bądź innych stworzeniach, które nawiedziły ludzką wyobraźnie. Dla niektórych końcem świata może być utrata bliskiej osoby, maksyma życia bez kogoś, kto pomagał nam oddychać, był powodem, by wstawać co ranek. Końcem można nazwać chwilę, gdy zmieniamy się tak bardzo, że nie wiemy, w którą stronę iść, że sami siebie nie poznajemy. Gdy gubimy siebie i już nie czujemy się dobrze w swojej powłoce. Końców świata jest wiele. Każdy inaczej go przeżyje, inaczej go sobie wyobraża, ale każdy tak samo się go obawia. Bo na niego nie ma lekarstwa. Nie ma sposobu, by mu zapobiec. On nadejdzie. A my możemy tylko czekać.

"Jak coś tak małego może być końcem świata?"

Rok 2014 zapisał się w historii. Narodził się wirus Kellis-Amberlee, ożywiający trupy. Po świecie zaczęli chodzić zombie, łaknące żywych. Nie wiadomo jak leczyć chorych, ale wiadomo jak ich zabić. Postrzałem w głowę, mózg. W tych trudnych czasach świat potrzebuje przywódcy, który ofiaruje zdrowym ludziom dawne, utracone życie. Niestety wielu, którzy kandydują na stanowisko prezydenta nie sądzi, iż prawda jest dobrym wyjściem. Ludzie nie wiedzą wszystkiego o ich świecie i o nieumarłych, czyhających we mgle i ciemności lasu. Georgia, Buffy i Shaun, ekipa Przeglądu Końca Świata, jest innego zdania. Chce głosić prawdę, mówić ludziom to, co powinni wiedzieć, informować o tym, co dzieje się z ich światem. Światem, którego kreatury bez oddechu powoli przejmują. Prawda ich wyzwoli. 
Czy aby na pewno?

Czy jest tu ktoś, kto nie słyszał o tej książce? Szczerze w to wątpię, gdyż swego czasu szum na dzieła Miry Grant był wręcz kolosalny. Blogi i portale wykrzykiwały wszem i wobec o genialności tej pozycji. Jakże więc miałabym nie skusić się na tą powieść? Nie muszę więc już mówić, jak wiele oczekiwałam od "Feed". Nie zawiodłam się?

Zacznijmy od tego, że historia jest dość złożona. Pani Grant stworzyła nowy świat, którego wszystkie detale opracowała wręcz idealnie. Nigdzie nie znalazłam niedomówień! Jestem pod ogromnym wrażeniem jak skrupulatnie i bezbłędnie Mira Grant przeniosła swoje wyobrażenie przyszłości na papier. Zrobiła to w taki sposób, że czytelnik bezsprzecznie wierzy w niego i zastanawia się nad swoim miejscem w nim. Pomimo iż taka skrupulatność zdecydowanie należy do plusów książki, wejście w historię "Feed" zajmuje trochę czasu. Nim przedrzemy się przez priorytety głównych bohaterów, podejście polityków względem nieumarłych i wirusa, wyjaśnienia danych zachowań mija kilkaset stron. Nie powiem jednak, że są one nudne - byłoby to zdecydowanie kłamstwem. Jednak nie dzieje się w nich nic, co mogłoby na dłużej przyśpieszyć uderzenia naszego serca. Pierwsze kilka rozdziałów zawiera jedynie suche fakty i postępowania podczas apokalipsy. 
Jednak kiedy miniemy te strony, w pełni pojmiemy świetnie stworzone uniwersum, otrzymujemy pełną napięcia, zwrotów akcji i zimnej ironii książkę, która przejmuje panowanie nad czytelnikiem dopóki nie dotrzemy do ostatniej kartki. 

Kampania polityków, której najbliżej są dziennikarze Przeglądu Końca Świata także imponuje oraz intryguje. Mamy szansę zobaczyć jakie podejście mają ludzie, planujący panować nad państwem, które się sypie. Przyznam, że czytając recenzje, w których wspominano o polityce, odgrywającej tu znaczną rolę, sądziłam, że nie spodoba mi się ta pozycja. Ale wiecie co? Odważę się stwierdzić, że wątek władzy nad państwem oraz wyborów prezydenckich jest świetny. Zaciekawi najwybredniejsze czytelnicze podniebienia. 

"Czasami musisz sobie odpuścić i dać się ponieść biegowi wydarzeń."

Genialne pokazane są relacje między głównymi bohaterami! To co łączy Georgię i Shauna, przyrodnie rodzeństwo, robi ogromne wrażenie. Nie pamiętam, kiedy ostatnio czytałam o tak cudownych relacjach braterskich. Każde spojrzenie, mówiło więcej niż jakiekolwiek słowo. I choć oboje należeli do osób pełnych ironii i czarnego humoru to mieli swoje własne sposoby, by pokazywać jak bardzo im na sobie zależy. Razem ryzykowali życie i robili wszystko, by przeżyć, martwiąc się najpierw o tę drugą osobę. Poświecenie głównych bohaterów, aby wyznać światu prawdę, okazało się powalające. 

Zaskakujące - takie właśnie jest dzieło pani Grant. Genialnie zaskakujące. Ponieważ ostatnia rzecz, jakiej się spodziewałam przeczytać, zdarzyła się w ów książce, rujnując mój światopogląd. "Feed" potrafi wzruszyć, wściec za takie, a nie inne obroty wydarzeń, zaintrygować, rozbawić oraz zniszczyć. Jedyne co mogę jej zarzucić to długość rozdziałów. Niestety czytałam ją wtedy, gdy nie miałam dużo wolnego czasu, także zdarzały się wieczory, gdzie mając jedynie wolny kwadrans nie sięgałam po książkę, bo wiedziałam, że nie dokończę rozdziału, a nie znoszę kończyć w środku, pomijając iż zaprzestanie czytania w połowie wątku to wręcz nierealny wyczyn. 
Także polecam "Feed. Przegląd Końca Świata" wszystkim, którzy są gotowi na szczegółowo wykreowany świat oraz ogromną dawkę emocji. Nie zawiedziecie się!

"Czasami prawda może rzeczywiście cię wyzwolić."

sobota, 18 października 2014

Urodzinowa rozdawajka!

Hej!
Tak jak obiecałam w dzień drugich urodzin mojego bloga, nadszedł czas na konkurs!
Nie umiałam się zdecydować na jedną nagrodę książkową, więc to Ty zdecydujesz, co chcesz wygrać! :)

Regulamin:

1. Organizatorką konkursu jestem ja, autorka bloga Created Eternity i wszystkie nagrody pochodzą z mojej biblioteczki. 
2. Do konkursu zapraszam osoby posiadajace bloga, konto Google+ jak i osoby nie będące częścią blogosfery.
3. Wybiorę zwycięzcę w losowaniu. 
4. Wysyłam nagrodę tylko w obrębie Polski.
5. Aby wziąć udział w losowaniu należy wyrazić chęć zgłoszenia zwyczajowym "Zgłaszam się" albo kreatywnym "Muszę zostać wylosowana/y", nick pod jakim (ewentualnie) obserwujesz mojego bloga, podać książkę, którą chcesz wygrać oraz swój adres e-maila.
6. Nagrodą w konkursie jest jedna książka wybrana ze stosiku na zdjęciu poniżej.
7. Rozdawajka trwa od 18.10.2014r do 18.11.2014r.
8. Proszę również o zaobserwowanie mojego bloga (aczkolwiek w czasie gdy nie jest to możliwe, można ominąć ten warunek), polubić mojego fanpage (jeśli oczywiście jest taka możliwość) oraz byłoby mi miło gdybyście wstawili baner na swoich stronach, jeśli takową posiadacie. 
9. Ze zwycięzcą skontaktuję się drogą mailową. Jeżeli jednak wylosowana osoba nie odpisze mi w ciągu tygodnia, ponownie przeprowadzę losowanie. 




Do wygrania:

1. "Zaułek potworów" Kelley Armstrong, Kevin J. Anderson i inni.
2. "Moja siostra mieszka na kominku" Annabel Pitcher
3. "Odmieniec" Philippa Gregory
4. "Wilcza księżniczka" Cathryn Constable
5. "Password"Miriam Mous
6. "Chuliganka" Izabela Jung
7. "Piękny dzień" Elin Hilderbrand
8. "Miłość z jasnego nieba" Krystyna Mirek
9. "Nevermore. Cienie" Kelly Creagh
10. "Między teraz a wiecznością" Marie Lucas
11. "Opiekunka grobów" Melissa Marr
12. "Dopóki śpiewa słowik" Antonia Michaelis


Baner: 



Życzę wszystkim powodzenia!

poniedziałek, 13 października 2014

Drugie urodziny bloga!

2 lata.
To bardzo dużo czasu, nie sądzicie? Przez dwa lata można nauczyć się języka obcego, jeśli posiada się wystarczającą determinację. W przeciągu dwóch lat możliwe jest przeżycie najwspanialszych chwil życia. Mając dwa lata do dyspozycji można zwiedzić cały świat, można posmakować każdego dania świata, można policzyć do nieskończoności. Można spotkać miłość swojego życia, bratnią duszę i odnaleźć swoją drogę życiową. Dwa lata to imponująca ilość czasu. I właśnie, od 13 października 2012 roku mój blog, Created Eternity, funkcjonuje. Dwa lata temu, będąc jeszcze gimnazjalistką, nie spodziewałabym się, że całkowicie oddam się blogowaniu, pisaniu recenzji i czytaniu. Nigdy w życiu nie pomyślałabym, że w blogosferze spotkam tylu wspaniałych ludzi, a nawet bff, bratnią duszę, połowę mojego serca i mózgu. Taak, w przeciągu tych dwóch lat spotkało mnie wiele dobrego, wiele przeżyłam. I sądzę, że założenie bloga, zdecydowanie się na pisanie recenzji, było jedną z moich najlepszych decyzji. Nie tylko robię to, co kocham, ale i mam z tego satysfakcję i czuję dumę. Bo pisanie, przelewanie słów na kartki papieru, dyskutowanie na temat przeczytanej książki, to coś, co zdecydowanie umila mi dzień. Ba, co ja mówię. Życie!
Dziś wiem, że gdybym nie prowadziła Created Eternity, moje życie byłoby nie tylko uboższe w słowa i książki, ale i również w wspaniały czas spędzony z cudownymi blogerami. 

Liczby. Gdy się bloguje, one wciąż się gdzieś przewijają. Ale czy są aż takie istotne? Czy to, że na dzień dzisiejszy mam niemal 50 tysięcy wyświetleń oraz grubo ponad sto napisanych od serca recenzji coś zmienia? Że napisaliście mi już niemal 3 tysiące komentarzy i podjęłam stałą współpracę z 6 wydawnictwami? Nigdy nie zwracałam dużej wagi na statystyki, bo moim zdaniem nie one są najważniejsze. Najistotniejsze jest to, iż robię to, co kocham i jestem zadowolona z teraźniejszości. Książki od dawna są moim życiem i moim największym priorytetem jest rozmawianie o nich, dzielenie się opinią, poznawanie nowych niesamowitych pisarzy i pozycji. 
Uważam, że właśnie po to zakłada się bloga. 

Dziękuję Wam za to, że wciąż mnie odwiedzacie i czytacie, bo to ma dla mnie kolosalne znaczenie. Planuję prowadzić Created Eternity jeszcze przez następne lata, także przygotujcie się na multum recenzji! Dziękuję! 

PS. Przygotujcie się na urodzinowy konkurs!
Buziaki,
Daria ;*

sobota, 4 października 2014

Zapowiedź: "Księga portali" - Laura Gallego + informacja o spotkaniu z autorem sagi Wszechświaty!

Tytuł: Księga portali 
Autor: Laura Gallego
Wydawnictwo: Dreams
Ilość stron: 568
Data premiery: 20 października 2014r.

„Nie istnieją granice dla tych, którzy nie boją się ich przekraczać”
Mistrz Belban z Vanicji


Mistrzowie Akademii Portali jako jedyni potrafią malować niezwykłe portale służące do podróżowania z miejsca na miejsce i stanowiące wielką sieć komunikacyjną i transportową w państwie Daruzji.

Dzięki stosowaniu się do sztywnych zasad i swojemu doskonałemu wykształceniu malarze portali są prawdziwymi profesjonalistami gwarantującymi najwyższą jakość techniczną wykonywanych przez nich malowideł.

Kiedy Tabit, student ostatniego roku akademii, dostaje zlecenie na namalowanie portalu dla pewnego biednego wieśniaka, nawet nie przypuszcza, że z czasem zostanie przez to uwikłany w różne intrygi i odkryje tajemnice, które zagrożą istnieniu akademii.

LAURA GALLEGO, jedna z najpoczytniejszych autorek literatury młodzieżowej, której książki zostały sprzedane w nakładzie ponad miliona egzemplarzy w samej Hiszpanii i przetłumaczone na ponad 10 języków. Urodziła się 11 października 1977 r. w Quart de Poblet (Walencja). W wieku 11 lat postanowiła napisać swoją pierwszą powieść fantasy. Już wtedy wiedziała, że chce zostać pisarką i przez lata wysyłała swoje rękopisy na liczne konkursy literackie. Studiowała filologię hiszpańską, specjalizując się w literaturze. W wieku 21 lat otrzymała Nagrodę Barco de Vapor 1999 za powieść „Finis Mundi”. Była to jej pierwsza nagroda i jednocześnie początek kariery literackiej.W Polsce w 2013 r nakładem Dreams Wydawnictwa ukazała się powieść pt. ”Tam gdzie śpiewają drzewa”, która podbiła serca Polskich czytelników.

Z taką oto nowością przychodzi do nas Wydawnictwo Dreams. Zapowiada się naprawdę intrygująca książka. Czytałam już jedno dzieło spod pióra tej pisarki, choć przyznam, że nie podbiła mojego serca. Także zastanowię się, czy sięgnąć po "Księgę portali". 
A Wy? Czujecie się zachęceni?



Kojarzycie książki Leonarda Patrignani? "Wszechświaty" oraz "Wszechświaty.Pamięć". Setki polskich czytelników zakochało się w historii o Alexie i Jenny. Mam dla Was cudowną wiadomość! Leonardo Patrignani odwiedzi Polskę - pojawi się na Międzynarodowych Targach Książki w Krakowie! Spotkanie z pisarzem odbędzie się 25 października 2014r. o godzinie 12.00 w sali seminaryjnej Wiedeń 1! Wraz z Wydawnictwem Dreams serdecznie zapraszamy wszystkich zainteresowanych! Ja niestety nie pojawię się na Targach (Kraków nie znajduje się blisko Gdyni, w której mieszkam) i bardzo żałuję. Niesamowicie chciałabym poznać pana Patrignani!

Na sam koniec dodam byście przygotowali się na niespodziankę od Wydawnictwa Dreams - szykuje się wiele nowości na 2015 rok! Bądźcie czujni!

Miłego weekendu!
Daria ;)

niedziela, 28 września 2014

Stosik #13

Hej!
Możliwe niektórzy z Was zauważyli przerażającą ciszę na blogu. Niestety, nie jestem pewna czy w najbliższym czasie uda mi się ją zniszczyć, ponieważ w nowej szkole mam prawdziwy nawał obowiązków i huragan sprawdzianów. Także zamiast oddać się książkom i recenzjom w godzinach wieczornych, uczę się i odrabiam zadania z matematyki. Postaram się ułożyć jakiś grafik dnia od godziny szesnastej, gdy to już jestem w domu, tak, aby znaleźć czas na naukę oraz czytanie. 
Z nowej szkoły jestem zadowolona. Liceum wymagające, ale panuje w nim świetna atmosfera i mam cudownych ludzi w klasie! Niektórzy gustują w tej samej literaturze co ja i pożyczają ode mnie różne powieści <3 Idealnie. Także pomimo mnóstwa pracy jestem szczęśliwa. Zostawiam Was ze stosikiem. Mały acz cieszący oko.
PS. 13 października drugie urodziny bloga. Szykujcie się na coś specjalnego!



Od góry;

1. "Jak upolować faceta. Po pierwsze dla pieniędzy" Janet Evanovich - z biblioteki. Właściwie nigdy nie ciągnęło mnie do tej książki, ale po przeczytaniu tylu pozytywnych recenzji o Śliwce, nie mogłam się oprzeć, widząc tę pozycję na półce w bibliotece.
2. "Anna we krwi" Kendare Blake - z wymiany na LC.
3. "Poradnik pozytywnego myślenia" Matthew Quick - z biblioteki. Mam szczerą nadzieję, że ta powieść nauczy mnie jak myśleć pozytywnie, gdy w kalendarzu będę wpisywała kolejny termin testu...
4. "19 razy Katherine" John Green - zakup własny. Jak dla mnie największa perełka tego stosu! Dlaczego? Bo uwielbiam Zielonego i będę czytać tę pozycję razem z Emcią! <3
5. "Feed. Przegląd Końca Świata" Mira Grant - z finty. Czytam od początku września i nie chodzi o to, że nie podoba mi się (bo jest doprawdy świetna!), tylko nie mam czasu na spędzenie z nią wieczoru.
6. "Przywróceni" Jason Mott - również z wymiany na LC.


Znacie którąś z tych pozycji? Polecacie? 
Udanego i słonecznego tygodnia życzę,
Daria ;)

sobota, 6 września 2014

"Zagrożeni" - C.J. Daugherty

Łatwo pozbierać się po stracie? Zdecydowanie nie. Nikt nie lubi niczego tracić; pieniędzy, punktów na sprawdzianie, dobrej opinii. Ale nic tak nie boli, jak utrata kogoś bliskiego. Powszechnie wiadome jest, iż śmierć przychodzi nagle i konsekwentnie, zabierając nam najbliższych. Bierze ich w swoje łapska, wyrzucając z tego świata, wyrywając to, czym byli i zostawiając jedynie pustą powłokę, którą kiedyś wypełniała dusza. Zostaje ciało zmarłej, wspomnienia po niej, rzeczy, które niegdyś jej służyły. A my zostajemy sami pomimo że wiele osób wciąż kręci się wokół nas. Po prostu wraz ze śmiercią bliskiej osoby, umiera też kawałek naszego jestestwa. Ten, w którym mieszkała więź z utraconym człowiekiem. I jedyne, co nam pozostaje to powracanie do wspomnień, w których bardzo łatwo się zatracić i zagubić. A co, gdy tracimy przyjaciela, nie z powodu śmierci, a błędów, które popełniliśmy? Ból jest taki sam, ale na dodatek budzi się poczucie winy, że zniszczyliśmy coś pięknego, co miało trwać wiecznie. Coś, co wydawało się stabilne i niezniszczalne w rzeczywistości okazało się kruche i przez nieuwagę za mocno ścisnęliśmy to w dłoniach. Tłukąc na małe kawałki więź, która znaczyła dla nas wszystko. W wielu przypadkach dzieje się to bezpowrotnie. Śmierć może przybyć nawet pod inną postacią; nie zmiatając kogoś z powierzchni Ziemi, a jedynie z naszego małego świata.

Wszystko w Cimmerii się zmieniło, uczniowie, nauczyciele, dyrektorka. Nadszedł koniec żartów po ostatnich przerażających wydarzeniach. Nathaniel to psychopata, który pragnie zemsty, a idzie do niej przez krew, pot i łzy. Czas wziąć sprawy w swoje ręce, aby nie dopuścić do kolejnych ofiar. Ale czy Allie zdoła się pozbierać i dopuścić do siebie kogokolwiek nim będzie za późno?

Seria Wybrani. Chyba każdy o niej już słyszał, prawda? Wydawnictwo i blogi jak oszalałe promują książki C.J. Daugherty. Książki mają tak ogromne spoty reklamowe, że nie sposób nie dowiedzieć się o premierowym dniu jeszcze długo, długo przed nim. Skusiłam się na "Wybranych" właśnie przez szał w blogosferze i na fanpejdżach. I choć podobają mi się przygody Allie i przyjaciół, nie pojmuję trochę czemu wszyscy i wszystko szaleje na punkcie tej serii. Nie jest ona wyjątkowa. 

Pomysł pisarki należy do ciekawych, ale stanowczo nie do oryginalnych. Właściwie nie ma w nim niczego spektakularnego ani niezapomnianego, także trochę dziwi mnie promocja tej serii. Owszem, "Zagrożeni" niebywale wciągają i intrygują czytelnika, aczkolwiek nie zapierają dech w piersi swoją niepowtarzalnością. Bywały momenty sztampowe, zabawne, pełne zwrotów akcji jak i irytujące. To nie jest idealna książka. Ba, daleko jej do takiej, ale w jakiś dziwny sposób potrafi zdobyć rzeszę fanów. Może nie jestem kimś, kto fangirluje historię Allie, aczkolwiek miło mi się ją czyta. Nie odczuwałam wszystkich problemów głównych bohaterów i nie przyśpieszały one mojego biegu serca, ale świetnie umilały mi wolny czas i przygotowywały do cudownego snu. A zagadka, choć interesująca i dobrze poprowadzona, z idealną dawką tajemniczości, nie wbija w fotel. 

Wspomniałam wyżej o irytujących momentach. Niewiele ich co prawda, ale na pewno należy do nich niezdecydowanie Allie co do... chłopaka. Tak. Trójkąt miłosny. Czyż nie brzmi to pięknie? Każdy kolejny podobny zabieg w książkach zaczyna mnie naprawdę irytować, tym bardziej gdy jest tak jawny, jak tutaj. Dziewczyna spogląda raz na Cartera raz na Sylvaina i zastanawia się, którego jaką miłością kocha. Może niektórzy nie zobaczą w tym nic niewłaściwego, ale ja nie przyjęłam tego zbyt optymistycznie. 

Bohaterzy są zdecydowanie ciekawie wykreowani. Każdy inny i jedyny w swoim rodzaju. Do osób, z którymi najchętniej czytałam dialogi należały Zoe, Rachel i Nicole. Moim zdaniem to najbardziej interesujące postacie, które nieraz mnie rozbawiały i intrygowały swoim postępowaniem. Allie to główna bohaterka, którą lubię i próbuję zrozumieć jej działania, aczkolwiek nie zawsze w pełni mi się to udaje.

"Zagrożeni" to ciekawa i niezmiernie wciągająca pozycja, którą czyta się niebywale szybko. Nie należy ona do oryginalnych i niepowtarzalnych książek, aczkolwiek sprawnie umili Wam czas swoją lekkością. Czy polecam? Tak jeśli szukacie czegoś przyjemnego i nieambitnego, a zarazem ciekawego i pochłaniającego. Z chęcią sięgnę po kolejną część, czyli "Zbuntowanych".

czwartek, 28 sierpnia 2014

"W otchłani" - Beth Revis

Nowy świat. Nowe życie. Druga szansa. Co Ty na to? Chciałbyś rzucić wszystko, co masz teraz, zostawić Ziemię, dotychczasowe życie, uwolnić się od poznanych tutaj ludzi i obudzić się w innym miejscu? Zacząć wszystko od nowa. Gdzieś indziej, z kimś innym. Ale z bagażem doświadczeń, z nabytą już wiedzą. Co powiesz na ponowne narodziny? Tyle że już nie będziesz rozpoczynał drugiej egzystencji jako niemowlak, zostaniesz taki jak teraz, świadomy, wyuczony. Będziesz mógł na nowo wybudować swoje życie, tym razem panując nad nim bardziej niż wcześniej. Decydujesz się więc zostawić wszystkich, których kochasz, wszystko, co kiedykolwiek Cię zraniło na rzecz nowego miejsca, życia, ludzi? Nikt nie będzie Ci obiecał, że tam będzie lepiej. Może być gorzej. Ryzykujesz to, co masz?

"Wspomnienia zawsze niszczą koszmary."

Rodzice Amy mają odegrać bardzo ważną rolę w przyszłości nowego świata. Muszą się zamrozić na trzy stulecia i osiedlić nową planetę. Amy ma wybór - dać się zamrozić i żyć w przyszłości z rodzicami, albo zostać z ciocią i wujkiem, u boku swojego chłopaka. Decyduje się porzucić wszystko w zamian za nowe życie tam, daleko, miliony kilometrów świetlnych od Ziemi. Jednak ktoś ją wybudził. Szybciej niż powinien... 

Na "W otchłani" miałam ogromną chęć od bardzo dawna. Intrygował mnie opis i niesamowicie pochlebne recenzje, więc zrobiłam wszystko, by zdobyć tę pozycję. W końcu się udało i zaczęłam czytać i... rozczarowanie. Wielkie, pulsujące pod skórą i ściskające za gardło rozczarowanie... 

Zacznę od pomysłu, który wydawał się naprawdę dobry. Ciekawy, oryginalny i przyciągający. To własnie od niego najwięcej oczekiwałam; miałam nadzieję, że pisarka wykreuje i pociągnie całą historię w cudowny sposób, sprawiając, że nie będę mogła się oderwać od czytania. Niestety to były złudne nadzieje. Pomimo iż pomysł autorki miał ogromny potencjał - statek, zamrożenie, nowa planeta - to jego wykonanie pozostawia wiele do życzenia. Pani Beth nie wciągnęła mnie w swoją historię od pierwszych stron, ba!, nawet nie udało jej się to w połowie. Rozdziały okazały się bardzo nużące, a mnie, jako czytelnikowi, kiepsko szło 'wpicie' się w historię Starszego i Amy. Nie potrafiłam odnaleźć się w przedstawionej rzeczywistości. A szkoda. Bo gdyby tylko pisarka lepiej poprowadziła swoją wyobraźnie, powstałaby naprawdę świetna książka.

Nużące momenty. Niestety było ich tutaj sporo; wiele razy ziewałam podczas czytania i pocierałam oczy, chcąc jak najszybciej skończyć tę powieść. Gdyby chociaż pojawiła się akcja i zaskakujące zwroty wydarzeń, wtedy zdecydowanie przyjemniej czytałoby się "W otchłani". Ale w tym przypadku kilka niewyjaśnionych morderstw i ich tajemniczość nie przyciągnęły mnie na tyle, abym z niecierpliwością goniła kolejne rozdziały. Kłamstwem jednak byłoby gdybym stwierdziła, że cała książka nudziła. Bywały chwile, kiedy całkowicie wczytywałam się w losy Amy i Starszego, kiedy zagadka, jaką musieli rozwiązać zaciekawiła na tyle, że znalazłam swoją propozycję mordercy. I wiecie co? Zgadłam. Bynajmniej nie jestem z siebie zadowolona. Zadanie, by odgadnąć sprawcę całego zamieszania powinno należeć do bohaterów. Miałam być zaskoczona! Moim zadaniem było wydobycie z  gardła  pełnego niedowierzania krzyku, gdy sprawa wyszła na jaw. Zamiast tego pozostało mi zrezygnowane potrząśnięcie głową. Możliwe, że gdybym miała za sobą mniejszy bagaż przeczytanych książek, nie odgadłabym mordercy. Może "W otchłani" to idealna powieść dla tych, którzy jeszcze niewiele pozycji z tego gatunku przeczytali? 

Bohaterzy, eh, kolejny minus. Amy to siedemnastolatka, która ma pewne problemy z utrzymaniem emocji na wodzy. Zarzuty i oskarżenia wylatują z jej ust niczym pociski. Może i ma do tego prawo - w końcu oddała całe swoje życie, by żyć z rodzicami na nowej planecie, a nie sama w metalowej puszce z ludźmi, którzy mają ją za dziwoląga. Jednak mimo to nie polubiłam jej. Starszy to już lepiej wykreowana postać, ale niekiedy miałam wrażenie, że zachowuje się dziecinnie i jest bardzo niezdecydowany. Ale nie wiem, czego się spodziewałam po szesnastoletnim przyszłym przywódcy. Także i jego nie darzyłam sympatią. Jedyną charakterystyczną postacią był tutaj Najstarszy. I Harley. Aczkolwiek nie mieli dużej roli w tej historii. A szkoda.

"W otchłani" bardzo mnie rozczarowało. Spodziewałam się świetnej książki, a dostałam przeciętniaka z dobrym, aczkolwiek niewykorzystanym pomysłem. Także nie polecam ani nie odradzam. Nie wiem również czy warto sięgać po kolejną część. Doradzicie?

"Lepiej kochać i stracić miłość, niż nie kochać wcale."

sobota, 23 sierpnia 2014

"Morze spokoju" - Katja Millay

Niebo. Raj. Niebiosa. Przetraw to słowo, wypowiedz głośno, postaraj sobie je wyobrazić, te literki układające się obok siebie, tworzące jedno, logiczne słówko o niemal nielogicznym znaczeniu. Czym jest Niebo? Bynajmniej nie chodzi tutaj o bezkresne błękitne morze zasłane chmurami nad nami. Mam na myśli Raj, miejsce, gdzie podobno idziemy po śmierci. Nikt nie wie, czym jest, jak ono wygląda, co tam się robi. Ilu ludzi na świecie, tyle może być teorii Raju. Mówią, że Niebo to miejsce, gdzie nie mamy formy, gdzie panuje dobroć i wszechogarniające szczęście. Gdzie dusza lekka jak chmurka pełna spokoju i nieskończoności trwa, smakując wieczności. Wniosek: Niebo to nic przyziemnego. Nic. A może to błędna teoria? Co jeśli każdy znajduje swoje własne Niebo tutaj, na Ziemi. Swoją własną odmianę nieskończoności i szczęścia, jedno miejsce, jeden moment, kiedy spokój jest w każdym zakończeniu nerwowym naszego ciała. A później, po śmierci, po wypuszczeniu ostatniego oddechu, znajdujemy się właśnie tam, Niebie, które naleźliśmy za życia. 

Nastya Kashnikov - dziewczyna, która nie mówi. Osiemnastolatka, która ma zniszczoną rękę. Nastolatka, która umarła. Przeprowadza się do ciotki Margot i zapisuje do nowej szkoły, gdzie jest sensacją. Ona tego nie chce; jedyne, czego pragnie to przetrwać wszystkie lekcje i pójść pobiegać. Biegać z całych sił, uciekać od tego, co ją zniszczyło. Uderzać stopami w ziemię tak mocno, jakby to była twarz jej mordercy. Pewnej nocy podczas biegu, gubi się. A jedynym światłem w okolicy, jest lampa oświetlająca garaż. Miejsce, które zna. Miejsce, które pamięta. Była tu.

Dlaczego sięgnęłam po tę książkę? Z prostej przyczyny - recenzje i opis straszliwie mnie przyciągnęły. Oceny wystawiane tej książce są naprawdę wysokie, a słowa, jakimi jest opisana, zapowiadają wspaniałą lekturę. Zatem nie mogłam sobie jej odmówić. Zaczynając "Morze spokoju" miałam ogromne oczekiwania. Czy pani Katja je spełniła?

W mojej ocenie dobre wydaje się to, iż pisarka donikąd się nie spieszyła. Miała pomysł, postacie, morze spokoju i powoli spisywała to wszystko na kartki papieru. Powoli od podstaw tworzyła świat, byśmy mogli go w pełni zasmakować, poczuć. Żyć w nim. Przez pierwsze strony powieści nie towarzyszą nam żadne zwroty akcji ani zaskakujące momenty, tylko tajemnica i powolne odnajdywanie opisanego kawałka wszechświata. Pomimo tej powolności, nie poczułam choćby najmniejszej monotonii. W ciszy i skupieniu czytałam historię niejakiej Natyi, poznając ją i próbując zrozumieć przez co przeszła. Jej osoba i przeszłość są tak niesamowicie tajemnicze i intrygujące, że czytelnik nie może przestać snuć własnych domysłów względem tego, co się wydarzyło, że dziewczyna umarła. 

Podobnie było z wątkiem miłosnym - zdecydowanie jeden z najlepiej wykreowanych, jakie miałam okazję czytać. Budził się stopniowo, krok po kroku. Okazał się wspinaczką na wysoką górę - potrzebował czasu i wysiłku, ze strony postaci, jak i pisarki. Autorka włożyła w niego całe serce; skupiła się na detalach, uczuciach, prawdziwości. Jestem pod ogromnym wrażeniem tego, co stworzyła. Nie zobaczyłam w tym ani grama sztuczności! To, jak młodzi się poznawali, jak na siebie patrzyli, jak nieudolnie próbowali oderwać wzrok i wykonać jakiś gest - to można nazwać geniuszem. 

Z czasem historia wciąga tak bardzo, że zapominasz o wszystkim, naprawdę! Czytałam i czytałam, nie mogąc odłożyć książki na bok. I właśnie w takich chwilach - gdy nic mnie nie interesuje, poza światem, w którym w tym momencie znajduje się mój umysł - rozumiem dlaczego kocham czytać. "Morze spokoju" przypomniało mi, jak cudowne może być czytanie, jak pięknie jest zarwać noc i poranek, by w pełni poznać fabułę, ostatnią kartkę powieści.

Portret psychologiczny postaci - Nastyi, Josha, Drew - w pełni mnie zauroczył! Opisany, wykreowany i stworzony od a do z. W pewnym sensie skomplikowany, owiany tajemnicą i prawdziwym bólem, nie tym papierowym zarysem cierpienia, ale prawdziwym, rzeczywistym, tym, co ma miejsce w życiu i dotrze do czytelnika z mocą. Nastya to osoba, którą bardzo polubiłam, szanowałam i próbowałam zrozumieć jej wybory. Obdarzyłam ją milczącą sympatią. Podobnie było z Joshem, z którym nietrudno było mi się utożsamić z jakiegoś powodu, go rozumiałam najbardziej, co sprawiło, że niesamowicie go polubiłam. Żadnego bohatera z tej pozycji nie można nazwać papierowym. Każdy ma duszę.

"Morze spokoju" to świetna pozycja, którą pokochałam już od pierwszych stron. Oczywiście nie obyło się bez mankamentów, gdyż w pewnym momencie poczułam niejaką schematyczność - trwała chwilę, aczkolwiek nie uszła mojej uwadze. Mimo to polecam tę niesamowitą książkę każdemu. Mam nadzieję, że dzięki niej zrozumiecie pewnego dnia, czym jest Wasze Morze Spokoju.

© Created Eternity, AllRightsReserved.

Designed by ScreenWritersArena